Wspomnienia Joachima Pokornego o kamienicy Jasna 8 Krótka 4 w Lublinie
Poniżej prezentuję przetłumaczone przez mnie wspomnienia prof. dr. inż. Joachima Pokornego zatytułowane „Jeniec bezpieki: Joachima Pokornego wspomnienia o pobycie w niewoli w Lublinie 1945–1948”. Jest to unikalne świadectwo niemieckiego jeńca wojennego, który po zakończeniu II wojny światowej trafił do Lublina, gdzie pracował m.in. w warsztatach samochodowych Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Jasna 8 Krótka 4 w Lublinie.
Autorami opracowania i wstępu do publikacji są Zbigniew Lesisz oraz Paweł Madejski. Tekst powstał na podstawie 24-stronicowej broszury, którą Joachim Pokorny – rzecznik pojednania polsko-niemieckiego i Honorowy Obywatel Kietrza – przekazał Zbigniewowi Lesiszowi w 1995 roku. Źródło to stanowi cenny materiał historyczny, opisujący nie tylko realia komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, ale przede wszystkim codzienne relacje międzyludzkie i drogę do wzajemnego zrozumienia mimo bolesnej przeszłości.
Tekst pochodzi z publikacji Z. Lesisz, P. Madejski, Jeniec bezpieki: Joachima Pokornego wspomnienia o pobycie w niewoli w Lublinie 1945–1948, „Rocznik Lubelski” 2003, t. 45, s. 227-248. Tłumaczenie i śródtytuły adwokat Paweł Daszczuk.
Jeniec bezpieki: wspomnienia Joachima Pokornego o pobycie w niewoli w Lublinie 1945–1948
Wstęp
Szosa od Zwolenia do Kozienic, na wysokości od Strykowic Górnych do Helenówki i zapewne dalej, była wykonana z tłucznia, czyli drobnych kamieni ubitych walcem drogowym. Jej nawierzchnia była więc nietrwała i podczas działań wojennych we wrześniu 1939 roku uległa poważnym zniszczeniom. Przejazdy kolumn samochodowych i taborów spowodowały powstanie nierówności, wybojów i głębokich wyrw utrudniających ruch drogowy.
Wiosną 1940 roku na szosie naprzeciw Strykowic zaczęły zatrzymywać się ciężarówki wypełnione młodymi ludźmi w jasnooliwkowych kombinezonach. Pojazdy miały umocowane biało-czerwone flagi, dlatego sądzono, że to Polacy. Okazało się jednak, iż byli to Niemcy. Nie mówili po polsku i nie kontaktowali się z mieszkańcami. Posiłki i wodę przywozili ze sobą. Pracowali w kilkuosobowych grupach, łopatami „naprawiali” nawierzchnię, wypełniając nierówności ziemią z poboczy. Po tygodniu minęli Strykowice. Dziwiło wszystkich, że Niemcy remontowali drogę pod polskimi flagami (choć wywieszonymi odwrotnie).
Zagadka ta wyjaśniła się po ponad czterdziestu latach, gdy poznałem profesora Joachima Pokornego w Kietrzu. Emerytowany profesor wyższej uczelni w Niemczech (RFN) badał historię i genealogię mieszkańców Kietrza, czego owocem była wydana przez niego monografia. Był człowiekiem niezwykle sympatycznym, dążącym do porozumienia i pojednania polsko-niemieckiego. Podczas naszych spotkań wyjawił, że w latach 1945–1948 przebywał w niewoli w Lublinie. Na moją prośbę spisał swoje wspomnienia i przekazał mi je w 1995 roku z życzeniem, aby stały się przyczynkiem do zgody między naszymi narodami. Wyjaśnił też sprawę flag z 1940 roku: jako członek Służby Pracy Rzeszy (RAD) maszerował wtedy z łopatą na ramieniu przez Kielce do Annopola.
Joachim Pokorny urodził się 25 stycznia 1921 r. w Kietrzu, zmarł 5 czerwca 2003 r. w Soest. Po powrocie z niewoli studiował budowę maszyn w Hanowerze, pracował w przemyśle, a od 1957 r. wykładał na uczelniach technicznych (Essen, Stuttgart). Po przejściu na emeryturę poświęcił się badaniom historycznym i został Honorowym Obywatelem Kietrza.
Przeżycia, które uskrzydlają moje dążenia do porozumienia z Polakami
Przedmowa
Często pytano mnie, co skłania mnie do opowiadania się za porozumieniem z Polską. Najczęściej spotykałem się z aprobatą dla moich wywodów, ale czasem także z ostrą krytyką. Czy nie powinno być rzeczą oczywistą, by wychodzić naprzeciw drugiemu człowiekowi otwarcie, bez uprzedzeń, nawet jeśli mówi on innym językiem? „Tak, ale oni wtedy…” – tak słyszy się raz po raz; i wtedy zaczynają się rozliczenia – nie zestawienia! Jednak zestawianie ofiar, zbrodniarzy oraz strat materialnych i ideowych nie ma sensu, bo szybko doszłoby się do granic możliwości.
Nieszczęścia, jakie ludzie wyrządzali sobie nawzajem na przestrzeni wieków, a zwłaszcza w tym stuleciu, należy zachować w pamięci nie tylko jako przestrogę; powinno się o nich również rozmawiać, ale bez wyliczania win. Przeżyte cierpienia i niesprawiedliwości powinny być jedną z przyczyn pomagających leczyć rany i przełamywać uprzedzenia. Dla zjednoczonej Europy samo „pokojowe życie” jednak nie wystarczy. Musi to być coś więcej: m.in. zrozumienie, zaufanie, szacunek, przyjaźń i solidarność (solidarność, to nowoczesne słowo określające miłość bliźniego).
Niektórzy z nas powinni nieco bardziej zbadać pochodzenie własnych przodków z ostatnich trzech stuleci. Będą zdumieni, znajdując wśród 4096 do 8182 przodków wielu takich, którzy nie mówili w ich języku – którzy być może należeli do narodu, którego teraz tak głęboko nienawidzą. Każdy z nas powinien szukać pozytywnych cech wspólnych, które łączą nasze narody. Czy wtedy nadal będziemy nienawidzić i żywić uprzedzenia, a nawet mówić o dziedzicznej wrogości? Czuję wręcz wewnętrzny przymus, by wyjaśnić sobie, co – poza rzeczami oczywistymi – uskrzydla mnie do opowiadania się za porozumieniem, w szczególności z Polską, z narodem, który wypędził nas z naszej ojczyzny? (Naruszenie praw człowieka!).
Powodem do spisania moich myśli są ostatnie zawstydzające wydarzenia wymierzone w obcokrajowców. Te ekscesy bardzo mnie przygnębiają. Zupełnie nie pasują do mojego obrazu świata, który namalowałem sobie po wojnie. Kiedy myślę o nieopisanie strasznych i [nie]znośnych cierpieniach niezliczonych ofiar wojny wszystkich narodów, mam opory przed opowiadaniem o dobrych stronach mojej niewoli. Jeśli mimo to odważę się o tym mówić, to z zamiarem – nie tylko we mnie – wzmocnienia nadziei na lepszą przyszłość. Moje przeżycia uskrzydlają moje starania, by opowiadać się za porozumieniem, zwłaszcza z Polakami.
Z mojego życiorysu w skrócie
Urodzony 25 stycznia 1921 r. w Katscher, obecnie Kietrz, powiat Głubczyce, Górny Śląsk. W marcu 1939 r. matura w Raciborzu. 1 września 1939 r., około południa pierwszego dnia wojny, wkroczyłem do Polski jako członek Służby Pracy Rzeszy (RAD) z łopatą na ramieniu. Droga wiodła przez Kielce aż na południowy wschód od Annopola nad Wisłą. (Moje pierwsze przeżycia w Polsce z Polakami!).
W 1940 r. powołany do Luftwaffe. W bazie lotniczej Praga-Rusyn zostałem najpierw przeszkolony na mechanika pokładowego. Następnie przez dłuższy czas pełniłem służbę nocną w „dozorze technicznym”. Mogłem przy tym każdej nocy odpoczywać z przerwami przez około 3 godziny. W ciągu dnia właściwie powinienem był odsypiać. Tak to było pomyślane! Chciałem jednak wykorzystać swoje życie w bardziej sensowny sposób.
Udało mi się studiować w ciągu dnia na Niemieckiej Wyższej Szkole Technicznej w Pradze w semestrze zimowym 1941/1942 oraz w semestrze letnim 1942. W nocy pracowałem, jak zwykle, w bazie lotniczej dla ojczyzny. Wymagało to nie tylko wielkiej siły woli, ale i dobrego zdrowia. Na początku semestru zimowego 1943/44 zostałem oddelegowany ze służby wojskowej na studia do Pragi na rozkaz Göringa. Göring potrzebował inżynierów dla Luftwaffe!. W październiku 1943 r. przybyłem do Pragi jako pierwszy urlopowany na studia. Miałem szczęście znaleźć kwaterę w mieszkaniu wielkodusznej czeskiej rodziny. Mieszkałem w centrum Pragi w dużym, ogrzewanym pokoju i mniejszej sypialni, nie płacąc czynszu. Każdego ranka przynoszono mi do pokoju śniadanie.
Niektóre próby przeniesienia mnie do eskadry myśliwskiej mojego młodszego brata nie powiodły się. Tak więc prawie całą wojnę spędziłem w kraju w szkołach pilotażu; – przez większość czasu jako nauczyciel techniki.
Na froncie
W marcu 1945 r. rozwiązano szkołę pilotażu w Güstrow. Zostałem przeniesiony z Luftwaffe do piechoty na Słowację, bezpośrednio na front wschodni. 17 kwietnia 1945 r. jacyś Rumuni zaatakowali nasze pozycje w wysokich i pięknych górach w pobliżu Żyliny (Słowacja). Rumuński żołnierz strzelił do mojej głowy z odległości około 5 metrów z rosyjskiego pistoletu maszynowego. Pocisk przebił mój stalowy hełm, ześlizgnął się – być może był ustawiony wysoko? – nad moją lewą kością ciemieniową od przodu do tyłu, żłobiąc przy tym szeroką bruzdę w skórze głowy i ostro rozrywając hełm. Przejście mojego życia w stan nieprzytomności odbyło się poza czasem. Z narażeniem życia uratowało mnie dwóch kolegów. Jeden odpierał wroga, gwałtownie strzelając, drugi wyciągnął mnie za kołnierz płaszcza z dołu strzeleckiego i zawlókł za gęste krzewy jałowca do osłony. Dobry kolega, który zapewniał nam osłonę ogniową, otrzymał postrzał w szyję. On, ja i jeszcze inni ranni zostaliśmy przewiezieni do lazaretu. To był koniec mojej pierwszej i ostatniej poważnej, bardzo krótkiej strzelaniny, w której brałem udział podczas wojny!.
Nawet jeśli moja prawa stopa po całkowitym paraliżu ciała jest do dziś bezwładna i muszę znosić inne dolegliwości, twierdzę: „Ten postrzał w głowę należy do szczęśliwych przypadków mojego życia, w których Pan Bóg maczał palce!”.
Niewola wojenna
Moja pojednawcza postawa wobec narodu polskiego została wzmocniona przez przeżycia podczas niewoli w Lublinie w okresie od listopada 1945 do października 1948 roku. Następnie przebywałem w „obozie getcie” Obóz pracy Anielewicza w Warszawie. 16 stycznia 1949 r. zostałem zwolniony z obozu jenieckiego w Gliwicach do mojej narzeczonej do Heessen koło Hamm (Westfalia).
Moja droga do niewoli
W maju 1945 r. zostałem zwolniony z lazaretu „Park Hotel” w Jachymowie na własną prośbę. Mimo sparaliżowanej stopy zdecydowałem się pójść do Liberca do mojej matki, aby potem wspólnie powędrować do naszego rodzinnego miasta Kietrz, powiat Głubczyce, Górny Śląsk. Na drodze do Liberca, tuż przed Żytawą (w Saksonii), zatrzymał mnie rosyjski żołnierz. To był początek mojej ponad trzyipółletniej niewoli; – w poniedziałek Zielonych Świątek, 21 maja 1945 roku. Ponad pięćdziesięciu byłych niemieckich żołnierzy i ja musieliśmy maszerować pod rosyjską strażą do obozu Nieder-Schönau koło Żytawy. Obóz znajdował się na wschodnim, później polskim brzegu Nysy. Życie w tym rosyjskim obozie przebiegało ściśle według prusko-sowieckiego perfekcjonizmu. To był ciężki czas.
Nagle, 15 września 1945 r., Rosjanie przekazali obóz z kilkoma tysiącami jeńców Polakom. Gwałtownie zmieniło się twarde życie obozowe. Ponadto ustąpił strach przed wywiezieniem na Syberię. Wolno nam było odprawiać nabożeństwa i zapuścić włosy. Komandom roboczym pracującym poza obozem pozwalano wnosić do obozu ziemniaki lub inne rzeczy. Z mojego rodzinnego miasta Kietrz na Górnym Śląsku, poza mną, znajdowało się w tym obozie jeszcze czterech mężczyzn. Najmłodszy z nich, mający zaledwie 16 lat, przynosił regularnie dla każdego z nas spoza obozu dwa ugotowane ziemniaki. Co to oznaczało, może zrozumieć tylko ten, kto sam głodował.
Ale potem przyszedł marsz śmierci 14 października 1945 roku! Przeżyliśmy straszne godziny podczas tego marszu. My, niemieccy więźniowie obozu, zostaliśmy pędzeni przez polskich żołnierzy z obozu koło Żytawy do obozu w Lubaniu. Gdy przechodziłem przez bramę obozu, widziałem już pierwszego zmarłego leżącego obok słupka bramy; – ku przestrodze i zastraszeniu!? Większą część drogi musieliśmy pokonywać w setkach, zachowując porządek marszowy, biegiem. Kto nie mógł już biec lub kto z powodu choroby jelit (biegunki) usiadł na poboczu drogi, był przebijany bagnetem przez nienawistnych, głupich, młodocianych polskich żołnierzy, zabijany kolbą karabinu lub – natychmiast rozstrzeliwany. Po przybyciu do Lubania brakowało około 120 z kilku tysięcy jeńców. Żołnierze, którym to odrażające mordowanie bezbronnych i chorych ludzi sprawiało wyraźną radość, byli prawie jeszcze dziećmi. Karabiny z nasadzonymi bagnetami nie były dużo mniejsze od tych „bohaterów”. Tutaj znowu wyraźnie pokazało się to, co już dawno wiedzieliśmy, do jakich wyników nieuchronnie prowadzi wychowanie do nienawiści. Co tacy ludzie myślą na starość o swoich okrucieństwach?
16 października 1945 r. maszerowaliśmy z Lubania do Świętoszowa, a 22 października 1945 r. ruszyliśmy dalej do Żagania. Była to do tej pory droga pełna cierpienia. Moja nadzieja, by móc kiedykolwiek znowu żyć jak człowiek, zgasła. W obozie w Żaganiu kierownictwo obozu prawie codziennie szukało „specjalistów”. Zgłosiłem się na ochotnika jako ślusarz samochodowy, w nadziei przedostania się na Górny Śląsk, aby stamtąd uciec. Z samochodami nie miałem do tej pory nigdy nic do czynienia. Po noclegu w specjalnym baraku, zapluskwionym do granic możliwości, my, piętnastu „specjalistów” – ślusarze samochodowi, dwóch krawców, fryzjer i dwóch robotników do kuchni i do prac ogólnych – zostaliśmy przetransportowani otwartą ciężarówką przez Wrocław do Lublina. Było to w jeden z zimnych dni około 5 listopada 1945 roku.
W Lublinie
Po długiej jeździe, pełni wewnętrznego napięcia i nieufności, wysiedliśmy z ciężarówki przed budynkiem policji bezpieczeństwa WUBP przy ul. Krótkiej. Było już późno wieczorem – ciemno i zimno. WUBP, Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, był budzącym postrach urzędem wojewódzkim ds. bezpieczeństwa publicznego. Przyjął nas polski Żyd. Z przyjazną miną przywitał nas w języku niemieckim i powiedział sympatycznym tonem słowa: „Będziecie dobrze pracować, będziecie dobrze jeść, będziecie mieli dobrze!”. Były to słowa, które kazały nam nadstawić uszu, które poruszyły nas do głębi. Wielka nieufność mieszała się z pełnymi nadziei myślami. Czy nie brzmiało to jak cyniczne zdanie: „Praca czyni wolnym”!! Tak napisane było nad bramami obozów koncentracyjnych! „Czy to być może początek gorzkiego końca?”, pytałem sam siebie. Jak się wkrótce miało okazać, słowa tego Polaka (zarządcy gospodarczego, kuchni, wyżywienia, względnie naczelnika wydziału) były szczerze myślane. Dotrzymał słowa. Tak, ten „człowiek” pozostał nadal bardzo troskliwy o dobro „swoich” jeńców wojennych.
Niestety, dobry człowiek zniknął z naszego pola widzenia po kilku miesiącach. Mówiono, że został zamknięty „w piwnicy” UBP. Zresztą nie pozostał on ostatnim zarządcą gospodarczym, który został zamknięty w piwnicy, dopóki byliśmy w Lublinie. Bardzo lubiany przez nas kierownik warsztatu również zniknął w piwnicy. Rewolucja pożera własne dzieci!!. Po naszym przybyciu do Lublina i serdecznych słowach powitania zarządcy, zaprowadzono nas do jadalni służby bezpieczeństwa. Podano tam nadzwyczaj obfitą „kolację”. Obsługiwały nas młode, wesołe kobiety. Serwowały zupę z mięsem i góry chleba – tyle, ile mogliśmy zjeść, a pan zarządca rozmawiał z nami z wielkim zainteresowaniem. Dobrze mówił po niemiecku. Byliśmy zaskoczeni!.
Od tego wieczoru nie cierpieliśmy już fizycznego niedostatku. Nadal było dobre jedzenie. Po czterech tygodniach odzyskaliśmy siły i dobre zdrowie. Nasze zapotrzebowanie na jedzenie wróciło do normalnego poziomu. Mogliśmy nawet oddawać chleb niemieckim matkom z dziećmi. Dręczących trosk o bliskich i o naszą przyszłość nikt, nawet dobre jedzenie, nie mógł złagodzić, to rozumie się samo przez się. Po tej niezwykłej pierwszej kolacji otrzymaliśmy na polecenie zarządcy białe prześcieradła, świeżo napełniony siennik, bieliznę, polskie spodnie mundurowe i bluzy. W końcu przydzielono nam kwaterę. Były to dwa pokoje z piętrowymi łóżkami w dużym domu. Na wielopiętrowej klatce schodowej brakowało okien. Na niektórych stopniach leżał śnieg. Mieszkaliśmy na 1. piętrze domu z długim balkonem przy ul. Krótkiej, w trzecim budynku na lewo od WUBP – bez straży!! W każdym czasie mogliśmy się swobodnie poruszać po mieście. Policja bezpieczeństwa (BP) miała przecież wystarczająco dużo szpicli, by trzymać nas pod kontrolą. Ale wszystko szło dobrze. Przez pierwsze tygodnie, z obawy przed wywiezieniem na daleki wschód, mało korzystaliśmy z naszej wolności.
Nasza praca
Musieliśmy pracować w dużym warsztacie samochodowym Urzędu Bezpieczeństwa WUBP (ul. Krótka, Lublin). Warsztat ten znajdował się ukośnie naprzeciu budynku administracyjnego policji bezpieczeństwa, na rogu ul. Jasnej i ul. Wieniawskiej. Naprawialiśmy samochody osobowe i ciężarowe oraz składaliśmy z części zniszczonych pojazdów zdobycznych sprawne pojazdy. Stare silniki były całkowicie remontowane, łożyska wału korbowego wymieniane i skrobane oraz dopasowywane nowe tłoki. Ponadto opiekowaliśmy się pojazdami polskich kierowców i „kierowników garażu”. Moi koledzy znali się dobrze na swoim fachu, a ja po krótkim czasie rozwinąłem się w „specjalistę” od elektrotechniki samochodowej.
Ani najwyżsi przełożeni służby bezpieczeństwa, ani nasi bezpośredni zwierzchnicy (kierownik warsztatu), włącznie z naszymi polskimi współpracownikami, nigdy nie powiedzieli nam złego słowa. Zawsze pozostawali wobec nas tolerancyjni i przyjaźni. Nigdy nie byliśmy poganiani do pracy ani tym bardziej bici. Często uświadamiałem sobie, że byliśmy przez tych ludzi szanowani i uznawani, ale nie dlatego, że byliśmy dobrymi i tanimi niewolnikami pracy. Chociaż sprawny „ruch” w warsztacie zależał od nas, można by nam przez nieuprzejmości sprawić wiele „kłopotów”. Polacy wiedzieli, że mogą w pełni polegać na naszej „specjalistycznej pracy”. Pracowaliśmy dobrze i pilnie, ale na pewno nie po to, by móc dobrze jeść – ani tym bardziej z przekonania komunistycznego – ani by pomagać policji bezpieczeństwa używać jej siły przeciwko własnym rodakom.
Kontakt z ludźmi
Nasi dwaj krawcy uszyli dla nas ubrania cywilne z polskich mundurów; w każdym razie w pracy i po pracy nosiliśmy czyste ubrania. Dlatego byliśmy określani przez Polaków jako „eleganccy”. My, jeńcy wojenni, z czasem poznaliśmy wielu Polaków. Niejedną butelkę wódki musieliśmy z nimi opróżnić, zwłaszcza wtedy, gdy w wolnym czasie naprawialiśmy ich samochody lub wykonywaliśmy inne prace (malowanie pokojów, naprawa urządzeń elektrycznych itd.). Krawcy zawsze mieli prywatną klientelę. Także nasi polscy współpracownicy i kierowcy utrzymywali z nami przyjazne stosunki, stawiali wódkę lub zapraszali nas do siebie do domu. Znałem polskich studentów i rodziny, od których byłem czasami zapraszany na obiad. Trzem młodym polskim uczniom udzielałem przez pewien czas lekcji niemieckiego. Naprawiałem też motocykle dla studentów.
Nierzadko zdarzało się, że obcy kierowcy w nocy – i to także zimą – wyciągali mnie z łóżka i prosili o pomoc, ponieważ ich samochód stanął gdzieś w Lublinie z powodu uszkodzonego zapłonu. „Nie ma iskra!” (nie ma iskry zapłonowej!), tak mówili. Radość Polaków była wielka, gdy silnik natychmiast znowu ruszał po tym, jak wyczyściłem cienkim, ostrym pilnikiem styki zapłonowe. Czas pracy, włącznie z otwarciem maski silnika i zdjęciem kopułki rozdzielacza: niecałe dwie minuty! Stałem tam jak czarodziej! To już było warte butelki wódki! Polacy chętnie stawiali ten napój jako znak podziękowania, radości i uznania dla człowieka, który im pomógł.
Dodatkowe zaopatrzenie
Chociaż byliśmy dobrze i obficie karmieni przez UBP, bardzo przyjemnie było jeść dodatkowo smalec ze skwarkami do chleba. Co tydzień jeden z kolegów zaopatrywał nas w grubą słoninę, oczywiście za opłatą. Ten jeniec był zakwaterowany z wieloma innymi kolegami pod ścisłą strażą w barakach przy milicji. Pracował w kuchni milicji i załatwiał dla polskiego kucharza „interesy” – sprzedaż słoniny. Ten kolega wykonywał prace porządkowe u oficerów milicji, którzy mieszkali w naszym domu na piętrze nad nami. Na drodze z milicji do naszej kwatery, którą mógł iść bez wojskowej straży, mógł niepostrzeżenie transportować słoninę w wiadrze przykrytym ścierkami do sprzątania.
Idi suda, pan kapitan! (Chodź tutaj, panie kapitanie!)
Pewnego ranka mój kolega Helmut i ja zostaliśmy oddelegowani przez kierownik warsztatu do pracy specjalnej. Mieliśmy urządzić mieszkanie rosyjskiego oficera w kamienicy. Po krótkim dzwonku do drzwi mieszkania, zostały one otwarte. Przed nami stała „baba z gnatem”, jak pogardliwie nazywałem te rosyjskie żołnierki. Moje zaskoczenie było wielkie, gdy ta młoda „dziewczyna” zapraszającym ruchem ręki wskazała nam drogę do wnętrza mieszkania i radosnym głosem powiedziała do nas w języku niemieckim: „Proszę, wejdźcie!”. Chętnie przyjęliśmy jej zaproszenie. Ta żołnierka nosiła lekkie buty. Jej kształtne ciało było odziane w nieco rozpiętą u góry rosyjską bluzę i spódnicę do kolan, oba w brązowym kolorze rosyjskich mundurów. Oficer wyszedł nam naprzeciw, podał nam rękę na powitanie i wyjaśnił swoje życzenia w języku rosyjskim, którego nie rozumieliśmy, ale się domyślaliśmy. W każdym razie rozpoznaliśmy nasze zadanie.
Szafy, stoły, krzesła i łóżko stały już na swoich miejscach, ale mimo to było dużo do zrobienia. Najpierw zorientowaliśmy się we wszystkim, co tam stało lub leżało. Nie było tego mało. Na stole stały kolorowe, szlifowane kieliszki do wina, „Römerpokale”. Na innym stole, obok serwisu stołowego z prawdziwej porcelany, były poukładane jeden na drugim malowane porcelanowe talerze – ozdoby na ścianę. Wszystkie części nosiły znak jakości. Na podłodze leżały duże i małe obrazy, akwarele, obrazy olejne i akwaforty. Z dumą opowiadał nam oficer, że te skarby pochodzą z Schorfheide, a mianowicie z willi Hermanna Göringa. Tylko się dziwiłem, myślałem swoje i milczałem!.
Na wieszaku wisiał elegancki pas naramienny z kaburą na pistolet. Gruby uchwyt pistoletu wystawał z kabury. Pozwalał on przypuszczać, że tą bronią można łatwo „zdmuchnąć ludzi”. Rosyjski oficer, który nosił zupełnie niepozorne ubranie cywilne, ukrywał tę broń zazwyczaj pod lewą pachą. Ten „cywil”, rosyjski agent wywiadu, miał za zadanie „wskazywać kierunek” polskiej służbie bezpieczeństwa. Tak przynajmniej wydedukowałem z jego słów.
Ponieważ wyobrażałem sobie, że rozumiem coś z malarstwa, przejąłem pracę polegającą na wieszaniu obrazów na ścianach. Postępowałem według zasady: „Ciemne obrazy na jasne ściany, jasne obrazy na ciemne ściany, w miarę możliwości na wysokości oczu, sensownie i odpowiednio rozmieszczone!”. Na widok akwareli wielkości około DIN A4 zdębiałem. Natychmiast rzucił mi się w oczy motyw: „Krajobraz we Flandrii!”. Zielony, rozległy krajobraz ze smukłymi topolami i szarym niebem! Przyjrzałem się bliżej i przeczytałem, zgodnie z przypuszczeniem, podpis: „Adolf Hitler”. Trzymałem w ręku obraz, który Adolf Hitler namalował podczas pierwszej wojny światowej na froncie zachodnim. Najpierw wyjaśniłem moje odkrycie rosyjskiej żołnierce, która w międzyczasie okazała się bardzo pomocna i miła. Zawołała swojego pana: „Idi suda, pan kapitan!”. Przyszedł, a ona pokazała mu niezwykłe znalezisko. Pan kapitan był wyraźnie uradowany swoją zdobyczą. Zapytałem: „Gdzie ma wisieć ten obraz?”. „Nad moim łóżkiem!”, brzmiała odpowiedź oficera i pokazał mi miejsce. „Ten obraz jest dla niego substytutem krucyfiksu”, tak pomyślałem.
Po wykonanej pracy pan kapitan poprosił nas, abyśmy usiedli przy dużym stole w salonie. Uprzejma żołnierka postarała się o pieczonego kurczaka i biały chleb. Skąd? Może z kuchni oficerskiej WUBP? Nalała wódki prawie po brzegi do kolorowych kielichów, które stały przed nami. To było niezwykłe, bo wódkę piło się wtedy ze szklanek do wody. My jednak piliśmy wódkę z kielichów Göringa, z pękatych, szlifowanych kielichów do wina – i to w towarzystwie rosyjskiego oficera z wywiadu. Pan kapitan podziękował nam za pomoc i wygłosił krótki toast: „Na zdrowie, towarzysze!”. Wywiązała się wesoła, ale i pouczająca rozmowa, choć nikt nie rozumiał języka drugiego, poza kilkoma słowami. Kapitan wypowiedział prorocze słowa: „Na Polakach pod względem politycznym nie można polegać, ale na Niemcach socjalistyczna Rosja może polegać!”. Do dziś słyszę te słowa! Wiem też do dziś, że wieczorem tego pięknego dnia z wielkim trudem dotarliśmy do naszej kwatery, ale w jaki sposób wdrapałem się na moje łóżko, górne w dwupiętrowym łóżku, nigdy sobie nie uświadomiłem. Spałem jak kamień, dopóki rano nie obudzili mnie koledzy.
Wesele żołnierskie
Zagadnął mnie milicjant, „pan Elektrik” (panie elektryku). Poprosił mnie, bym zdobył mu gramofon na jego przyjęcie weselne. Pomyślałem i znalazłem rozwiązanie. Kolega, który co tydzień zaopatrywał nas w słoninę, mógł mi pomóc. Zdobył gramofon z aparatury kinowej milicji. Postawiłem go w poranek weselny na małym stoliku, który znajdował się w rogu niezbyt dużego pokoju w mieszkaniu nowożeńców. Prawie całe pomieszczenie wypełniał pięknie udekorowany stół biesiadny, który pozwalał przeczuwać szybkie „urwanie filmu” u gości weselnych. Na tym stole stało bowiem kilka dużych butelek wódki. Obok leżało na talerzach wszystko to, co koniecznie należy do picia wódki, „zakąska”: pokrojona polska kiełbasa, wędzona, przerastana wieprzowina, biały chleb i tarty chrzan.
Wczesnym rankiem po weselu, ja, niedoświadczony w świętowaniu wesel, zadzwoniłem do drzwi mieszkania, aby odebrać urządzenie muzyczne. Po dłuższym, natarczywym dzwonieniu, drzwi otworzyła zaspana babcia w długiej koszuli nocnej i z rozczochranymi włosami. Przeprosiłem grzecznie w języku polskim, a ona pozwoliła mi wejść. Wcale nie było łatwo dotrzeć do celu. Leżeli teraz przede mną, dzielni żołnierze, rozciągnięci wzdłuż i wszerz na podłodze, ubrani w spodnie i podkoszulki, z odpiętymi butami, stopy obnażone z onuc, i już się nie ruszali. Musiałem bardzo dokładnie patrzeć, aby stąpając nad śpiącymi, znaleźć drogę między głowami, rękami, nogami i brzuchami. Wtedy ujrzałem stół z gramofonem. Przestraszyłem się. Stół stał krzywo. Miał już tylko trzy nogi. Przy dokładnym przyjrzeniu się odkryłem, że igła gramofonu przebiła położoną płytę. To był chyba koniec oprawy muzycznej wesołego wesela.
Wycieczka na wieś
Podczas wyjazdu na wieś, który polski pracownik kuchni podjął z dwoma moimi kolegami, aby zdobyć ziemniaki dla kuchni WUBP, ciężarówka została zatrzymana przez „ludzi z AK”. („AK”, Armia Krajowa, była armią krajową przeciwników reżimu komunistycznego). Partyzanci wezwali moich kolegów, by poszli z nimi do „lasu”, by walczyć przeciwko komunistycznemu rządowi. Oferta pozostała bezskuteczna! Partyzanci nie pokazali się polskiemu pracownikowi kuchni z przyjaznej strony. Chętki go zabrać do lasu, czyli uprowadzić, ponieważ pracował dla UBP (dla Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego). Tak, sugerowali nawet jednoznacznie, że zastrzelą go na miejscu. Moi koledzy prosili o jego uwolnienie i wyjaśniali, że ten człowiek jest dobrym człowiekiem. W końcu „dzicy towarzysze z lasu” pozwolili moim kolegom odjechać dalej z „naszym” Polakiem.
Międzynarodowy Czerwony Krzyż
W 1947 r. pozwolono mi nawiązać kontakt z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem w Warszawie. Pozwolono mi zgłosić do Warszawy nazwiska wszystkich jeńców wojennych, którzy znajdowali się w obozach w Lublinie i okolicy; – także kobiety i dzieci. Adres brzmiał: „Jean Muller, Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża, Delegacja w Polsce, Warszawa, Mokotowska 14”. Najwyższy zwierzchnik „WUBP” (służby bezpieczeństwa) oddał nawet do dyspozycji mnie i jednemu z moich kolegów ciężarówkę z polskim kierowcą i dwoma znanymi nam uzbrojonymi żołnierzami, aby przywieźć dla wszystkich jeńców Lublina z MCK w Warszawie bieliznę, odzież i buty. Te rzeczy pochodziły z Ameryki. Uzbrojeni pasażerowie nie mieli bynajmniej pilnować nas Niemców, lecz chronić samochód z zawartością przed rabusiami. Przy okazji nauczyłem się podczas tej jazdy, jak pije się wysokoprocentowy alkohol, mianowicie; najpierw wychyla się alkohol, a potem natychmiast popija sokiem malinowym lub wiśniowym!.
Biblioteka
W czerwcu 1948 r. otrzymałem pozwolenie na odwiedzanie Biblioteki Publicznej im. Łopacińskiego w Lublinie. Tam siedziałem obok polskich studentów i przepisywałem z niemieckich książek wzory matematyczne, które potem studiowałem o świcie, podczas gdy moi koledzy jeszcze spali.
Wizyta w teatrze
Od czasu do czasu odwiedzałem w Lublinie teatr przy Alei Racławickiej naprzeciwko parku miejskiego, w którym dwaj jeńcy wojenni byli zatrudnieni jako malarze dekoracji. Im również pozwolono swobodnie poruszać się po mieście. Podczas prób lub przedstawień siedziałem, oczywiście nie płacąc za wstęp, na górze w loży i słuchałem. Ponieważ nie rozumiałem języka polskiego, tym bardziej pozwalałem muzyce nieść się bardzo daleko w inne światy.
Rozmowa
Pewnego dnia poszedłem do gabinetu stomatologicznego, aby naprawić ząb. Lekarka, dobrze wyglądająca dama z czarnymi włosami, otworzyła mi drzwi do gabinetu i poprosiła, bym usiadł na fotelu pacjenta. Usiadła obok mnie na krześle i spojrzała mi w oczy. Nieuchronnie musiałem patrzeć w jej kształtne oblicze i w jej ciemne oczy. „Ładna Żydówka!” przemknęło mi przez głowę. Lekarka już zaczęła mówić. Spokojnym i miękkim głosem opowiadała mi o strasznym losie swojej rodziny i krewnych, o zgładzeniu całego rodu i o obozie zagłady Majdanek pod Lublinem oraz o Auschwitz. W jej słowach nie dało się wyczuć nienawiści. Czułem się, jakby otworzyła się przede mną przepaść. Siedziałem tam i słuchałem w milczeniu. Ze wstydu najchętniej bym uciekł.
Potem mądra kobieta zadała mi wiele pytań. Opowiedziałem o swoim życiu i przedstawiłem moje marzenia o przyszłości. Wywiązała się przyjazna rozmowa, która głęboko mną wstrząsnęła i wywarła na mnie trwałe wrażenie do dnia dzisiejszego. Należy pamiętać, że w tamtym czasie nasze dusze stały się tak twarde, że każda wiadomość o okrucieństwach była przyjmowana bez poruszenia emocjonalnego lub wręcz się od nich odbijała. Należy jeszcze dodać, że ta lekarka po naszej długiej rozmowie wyleczyła mój ząb. Czułem się w dobrych rękach, które pracowały szczególnie starannie – aby nie zadać mi bólu.
Język polski
Niestety nie nauczyłem się w Lublinie języka polskiego, poza kilkoma ważnymi słowami, ponieważ większość Polaków mówiła z nami po niemiecku, jakby nigdy nie było wojny. Ani moi koledzy, ani ja nie byliśmy zaczepiani ani wyzywani przez mieszkańców miasta Lublina, gdy najpierw grzecznie witaliśmy ich kilkoma polskimi słowami, a potem odzywaliśmy się po niemiecku, gdy przechodziliśmy ulicami rozmawiając po niemiecku, przebywaliśmy w sklepach, na targu lub odwiedzaliśmy kościół. Próbowałem rozszyfrowywać polskie gazety. W tym celu podarowałem sobie słownik polsko-angielski. Tłumaczyłem polskie słowa najpierw na język angielski, polskiej gramatyki się przy tym nie nauczyłem. Aby jednak poznawać wydarzenia polityczne zgodnie z prawdą, czytałem angielskie gazety, które kupowałem w sklepie. Nie przypuszczałem wtedy, że na starość mógłbym dążyć do nauki języka polskiego, aby móc korespondować z polskimi ludźmi w mojej ojczyźnie.
Druga strona służby bezpieczeństwa
Wielu Polaków, ale i Niemców, poznało niestety służbę bezpieczeństwa BP od jej diabelskiej strony! Każdy z moich polskich znajomych, któremu w niedalekiej przeszłości mówiłem: „Byłem więźniem w polskiej służbie bezpieczeństwa!”, najpierw wydawał głębokie westchnienie i patrzył na mnie z litością. – Gdy potem opowiadałem o moich przeżyciach, słyszałem: „To propaganda!”.
Naprawianymi przez nas samochodami funkcjonariusze policji bezpieczeństwa z milicjantami jeździli do lasów na nowej granicy rosyjskiej na Bugu, aby tam likwidować „bandytów z AK”, jak nazywała służba bezpieczeństwa zwolenników rządu londyńskiego, podpalać domy, wypędzać Ukraińców z ich starej ojczyzny i, jak mi z dumą opowiadano, polewać wodą „matki i babki”. Zmuszano kobiety w ten sposób do zdradzenia kryjówki synów lub mężów w lesie. W lasach jeszcze długo po wojnie strzelano – Polak do Polaka. Znano wtedy określenie na ukrywającego się Polaka, który jako partyzant walczył przeciwko komunistycznemu rządowi: „On jest w lesie”. Raz po raz obserwuję, jak aresztowani Polacy byli prowadzeni przez uzbrojonych polskich żołnierzy (milicję) do budynku policji bezpieczeństwa, pojedynczo lub często w grupach. Ci ludzie byli ładowani na ciężarówki, co mnie bardzo niepokoiło. Niektórzy z tych biednych ludzi wędrowali do piwnicy budynku urzędu, która służyła jako więzienie dla przeciwników reżimu, lub byli natychmiast zawożeni do dużego więzienia na Zamku na Starym Mieście. Podczas wojny budynki przy ul. Krótkiej miały być zajęte przez niemiecką policję bezpieczeństwa.
Wszyscy nosiliśmy w sercach wielką urazę i niechęć do komunistycznego reżimu, który zmuszał nas do pracy dla ludzi, którzy dokonywali lub kazali dokonywać okrucieństw. Często żołnierze bezpieczeństwa BP porównywali się do SS. Mówili z dumą i radością: „Jesteśmy jak niemieckie SS!!”. Czego można było wymagać od tych młodych ludzi, których ukształtowała długa wojna, którzy nie znali bezpiecznego „domu”, którzy być może nigdy lub rzadko mogli chodzić do szkoły lub którzy dopiero przed paroma miesiącami wrócili z niemieckich robót przymusowych.
Wybory
Na dzień 19 stycznia 1947 r. ogłoszono w Polsce wybory. Przewidziano wprawdzie cztery listy kandydatów, ale agitacja wyborcza była dopuszczalna tylko dla Bloku nr 3. Ten składał się tylko z przedstawicieli PPR, komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej. Gazety mogły zamieszczać artykuły tylko o Bloku nr 3. Plakaty i ulotki były rozpowszechniane masowo, ale tylko dla nr 3. Naród był poddawany wielkiej presji poprzez ciągłe aresztowania. Na około trzy tygodnie przed wyborami prawie każdej nocy dokonywano aresztowań. Milicjanci i ludzie z UBP (służby bezpieczeństwa) ładowali „oskarżone” osoby na ciężarówki i zawozili je do WUBP na ul. Krótką. Tam aresztowani byli przesłuchiwani i wielu z nich brano do „aresztu ochronnego”. Najczęściej była to inteligencja i ludzie lepiej sytuowani, którzy w ten sposób mieli zostać „unieszkodliwieni”. Całą ludność ogarnęła wielka psychoza strachu. Opowiadano mi, że wieczorem przed wyborami wrogowie reżimu byli wywożeni ciężarówkami daleko stąd i tam wypuszczani. Zanim ci ludzie dotarli pieszo z powrotem do Lublina, wybory się skończyły.
Kilka miesięcy po wyborach zostałem wraz z innymi kolegami wyznaczony do wyciągnięcia worków z kartami do głosowania z piwnicy Urzędu Bezpieczeństwa i załadowania ich na ciężarówki. Jechaliśmy z nimi w towarzystwie funkcjonariuszy bezpieczeństwa do budynku przypominającego zamek w parku. Ten zamek, który niegdyś z pewnością należał do wielkiego właściciela ziemskiego lub arystokraty, został w tamtym czasie przebudowany na dom wypoczynkowy lub do innych celów UBP. Naszym zadaniem było teraz, pod ścisłym nadzorem, spalenie kart do głosowania na otwartym polu. Za każdą kartką, która została porwana przez podmuch płomieni, musieliśmy biec jak charty na torze wyścigowym za sztucznym zającem.
Amnestia
Po apelu o zdanie broni (w 1947 r.?) skierowanym do „bandytów w lesie”, z jednoczesną obietnicą bezkarności, duża hala na terenie naszego zakładu wypełniła się oddaną bronią. Jeden z naszych najsilniejszych kolegów przez całe dnie zajmował się niszczeniem karabinów młotem kowalskim. Ta praca została nagle przerwana. My, jeńcy wojenni, musieliśmy wyczyścić całą broń, zakonserwować smarem i ułożyć w piwnicy – gotową do następnej walki!. Moglibyśmy łatwo sprawić, by broń zniknęła. Ale po co!? Nikt z nas nie czuł pragnienia wojny! Często męczyła mnie myśl, co stanie się z nami w nowej wojnie. Wielu Polaków liczyło wtedy na wojnę mocarstw zachodnich, włącznie z Niemcami, przeciwko Rosji. „Tak mi dopomóż Bóg, jutro będzie wojna!” mówił do nas z nadzieją niejeden polski przyjaciel. Z kolei naszym wspólnym życzeniem było w końcu zostać cało zwolnionym z tej niewoli i nigdy więcej nie przeżyć wojny.
W mroźną noc bożonarodzeniową, zamiast niezdolnych do jazdy, pijanych Polaków, kilku moich kolegów zostało wyznaczonych jako kierowcy do wyjazdu do lasów nad Bugiem. Podczas jazdy otrzymali pistolety maszynowe do samoobrony ze słowami: „Gdy bandyta strzelać, …ty też strzelać!”. Dwaj niemieccy koledzy, którzy pracowali jako kierowcy komendanta policji bezpieczeństwa w miejscowości sąsiadującej z Lublinem, nosili pistolety maszynowe podczas jazd z szefem. Ich uzbrojenie nastąpiło po napadzie ludzi z AK na placówkę BP. Ci dwaj jeńcy odwiedzali nas za każdym razem, gdy zawozili swojego komendanta do Lublina.
Refleksja i nadzieja
Czas niewoli w Lublinie był dla mnie z perspektywy czasu pod wieloma względami nieprawdopodobnie dobry. Jednak wtedy z roku na rok coraz bardziej cierpiałem z powodu trosk o moją przyszłość, ponieważ nie miałem jeszcze zawodu. Moje życie mijało, a ja tak bardzo chciałem studiować i się ożenić. Martwiłem się o przyszłość mojej ojczyzny i o moją narzeczoną, która w 1946 r. została wypędzona przez Polaków z Ludmierzyc koło Kietrza wraz z innymi mieszkańcami wsi. Ale jakie szczęście w nieszczęściu! Ci ludzie, a także moja narzeczona, trafili na zachód (!), a nie do „strefy rosyjskiej”.
Mieszkańcy Ludmierzyc, w tym moja narzeczona, jej rodzice, jej dwie siostry, moja matka i jej siostra uciekli w marcu 1945 r. z uzasadnionej obawy przed frontem sowieckim. Po kapitulacji wrócili do swojej wsi. Potem zaczął się dla nich czas wielkich cierpień. Moja matka i jej siostra „utknęły” w Saksonii. (Dokumentacja o ucieczce i wypędzeniu patrz w moim zbiorze „Niezapomniana Ojczyzna” cz. 4.1.).
Wojna i niewola leżą już daleko w przeszłości. Niezatarte ślady na moim ciele i w mojej duszy pozostały. Mnie i moim kolegom w niewoli przytrafiło się na szczęście to, co niektórzy określają jako „nie tak gruntowne i surowe, brak perfekcjonizmu, partactwo w porównaniu do – niektórych niemieckich cech”, gdy mówią o cechach Polaków. Nie chciałbym się całkowicie przyłączyć do tej interpretacji, ponieważ dzieli ona narody według dobrych i złych cech, nie rozróżniając poszczególnych ludzi. Moje radosne przeżycia – moje pozytywne doświadczenia przy spotkaniu z Polakami, Ukraińcami i Rosjanami w Lublinie oraz z Czechami w Pradze, świadczą o zwycięstwie dobra, boskości nad złem, nad tym, co diabelskie w człowieku. Uważam je za znak od Boga, który uskrzydla moje starania, by raz po raz opowiadać się za porozumieniem.
Niestety dotychczas mogłem działać często tylko w małym gronie, np. przed studentami, w gronie moich przyjaciół z ojczystych stron, w gazecie lokalnej „Leobschützer Heimatblatt”, w Kietrzu – lub przy stolikach w Soest. W moich rozmowach chodzi najczęściej o to, by przekonać inaczej myślących do tego, by w końcu wyrzucili za burtę swoje uprzedzenia i rozpoczęli z „nowym spojrzeniem na sprawy”. Wciąż istnieje wiele niewiarygodnych uprzedzeń zarówno u Niemców, jak i u Polaków. Próbuję uzasadnić ich powstanie, np. z pomocą historii i rozwoju społecznego na przestrzeni stuleci. Wiele uprzedzeń można łatwo sprowadzić ad absurdum poprzez wykazanie ich nielogiczności.
Raz po raz jestem wstrząśnięty tym, jak mało ludzie – nawet obdarzeni rozumem – zastanawiają się nad uprzedzeniami, które tak po prostu wygadują. Tak, niektórzy wcale nie chcą myśleć. Od młodości aż do końca życia mają w swoich szarych komórkach zapisany gotowy program, w którym na sztywno wpisane są dawne hasła polityczne lub prymitywna niechęć do wszelkiej obcości czy jakiejkolwiek zmiany. Trzeba wykazać się wielką ufnością w Boga, aby wierzyć w „lepszą przyszłość”, gdy codziennie dowiaduje się o diabelskich wydarzeniach. (Patrz także wojna w byłej Jugosławii lub gdzie indziej!).
Mam nadzieję na lepszą przyszłość! Nie dam sobie odebrać nadziei na lepszą przyszłość! Pod pojęciem „lepsza” rozumiem nie w pierwszej kolejności sprawy materialne, lecz porozumienie, pokój i przyjaźń. Wierzę: realizacja tej nadziei leży w „Zjednoczonej Europie”.
P.S.: Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie uciekłem z niewoli, jest krótka. Do czasu wypędzenia Niemców z mojego rodzinnego miasta Kietrz latem 1946 r., pójście tam nie miało sensu. Później Odra i Nysa były tak dobrze strzeżone, że przedostanie się było bardzo mało prawdopodobne – o czym musiał się przekonać jeden z naszych kolegów. Po ucieczce wkrótce został znowu nienaruszony nam oddany.
Soest, w marcu 1994 r. opracował dr Joachim Pokorny.
Tłumaczenie adwokat Paweł Daszczuk.


